Od Osiecka do Otwocka

Po nocy spędzonej nad brzegiem zarastającego stawu obudził nas upał. Ten dzień, w odróżnieniu od wczorajszego, zapowiadał się bardziej słoneczny. Pierwsi wstali oczywiście Ci, którzy wczoraj najmniej przeszli 😉 Śniadanie i zbieranie obozu zajęło nam sporo czasu bo skoro byliśmy już w komplecie, nie mieliśmy powodów by się spieszyć.

Nad stawem zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkową fotkę i wyruszyliśmy w dalszą drogę, ku uciesze niedawno przybyłych wędkarzy, którzy mieli chęć na naszą miejscówkę 😉

W pobliżu natknęliśmy się na padalca, który z braku innej możliwości udawał martwego i dał się doskonale fotografować 😉

Chcąc ominąć jedną w uczęszczanych dróg wymyśliłem skrót, który sprawił, że utknęliśmy na chwilę w gęstych zaroślach i musieliśmy ratować się wyjściem z lasu przez ugór porośnięty nawłocią.

Było już koło południa i gdy szliśmy przez otwarte pola, słońce mocno dawało nam się we znaki. Na jednym ze wzgórz ukazał nam się ciekawy widok na dolinę Wisły. Gorące i mokre powietrze nie dokuczało tylko zmiennocieplnym 😉

Gdy znów weszliśmy do lasu, oprócz kurek trafiły się też prawdziwki, niestety pełne robali.

Idąc dalej, spotkaliśmy samotnego wędrowca. Szczerze mówiąc, była to pierwsza osoba, jaką w ogóle spotkałem w tych okolicach na szlaku turystycznym, chodząc tam dosyć często od ponad 5 lat. Zawsze byli to tylko grzybiarze lub tubylcy jadący na rowerze do sklepu, kościoła lub pracy.

Za parę kilometrów wędrowiec znów się pojawił, gdy odpoczywaliśmy w cieniu starego dębu. Zaprosiliśmy go na chwilę odpoczynku i pogaduchy 🙂 Po kolejnym wymyślonym przeze mnie skrócie mającym na celu ominięcie asfaltowej drogi, a który skończył się w ciernistych krzewach tarniny, wyszliśmy znów z lasu. Lało się z nas niemiłosiernie. Innych nie badałem, ale moja koszulka dosłownie mogła być wyżymana od potu, choć nigdy za mocno się nie pocę. Po uzupełnieniu zapasów, głównie wody, w miejscowości Podbiel, ruszyliśmy w sam środek Bagna Całowanie.

Wdrapaliśmy się na wieżę widokową i siły nas całkiem opuściły. Zrzuciliśmy ciężkie plecaki i po prostu padliśmy na deski. Powietrze drgało z gorąca i widać było na horyzoncie, jak bagno dosłownie paruje. Trochę się posililiśmy i… wszyscy usnęliśmy 😉 Drzemka trwała może z godzinę, ale pomogła nam odzyskać siły.

Po regeneracji postanowiłem poszukać drugiej wieży widokowej, która jest zaznaczona na mapie, ale nigdy do niej nie doszedłem. Ubezpieczał mnie jeden kolega, bo ten fragment bagna miałem niezbadany. Szliśmy dawną ścieżką edukacyjną, która pojawiała się i znikała w gęstej bagiennej roślinności. W pewnym momencie wyglądała tak 😉

.

Dalej nie szliśmy bo w rzęsie chował się 2-metrowy kij i dna nie było, a stan mostu nie zachęcał do przechodzenia. Uznaliśmy, że z ciężkimi plecakami lepiej nie ryzykować kąpieli. Wróciliśmy do pozostałych i poszliśmy wszyscy dalej utwardzoną drogą.

Siły, które odzyskaliśmy na wieży pozostały zaraz pogrzebane w gorącym piasku wydm górujących nad bagnami.

Wszyscy się cieszyli, gdy wreszcie znaleźliśmy miejsce na biwak. Znów posiedzieliśmy do późna bo wrażenia całego dnia, choć męczące, to jednak dostarczyły niezapomnianych emocji 😉

Trzeciego dnia postanowiliśmy się już oszczędzać. Z ciężkim sercem odmówiliśmy sobie przedzierania się przez dzikie podmokłe lasy Bagna Całowanie. Pokazałem tylko kolegom kilka tajemniczych ziemnych kręgów, na które kiedyś trafiłem. Dalej mieliśmy odwiedzić  dwa zachowane w całości bunkry przedmościa warszawskiego.

Największą przyjemność zaczęły nam sprawiać chwile odpoczynku 😉 Krótkie posiłki się przedłużały a od upału każdy miał ochotę na drzemkę. Pogoda była iście afrykańska, jak w książkach Kapuścińskiego, gdzie ludzie działają jakby w zwolnionym tempie… Gdy tak się wylegiwaliśmy na trawie, ktoś powiedział: „Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście” 😉 No właśnie, w planie były jeszcze bunkry!

Jeden z nich jest właśnie remontowany, ale można było nawet wejść do środka. Przynajmniej tu było chłodno 😉

Drugi schron został odrestaurowany kilka lat temu i wyposażony, jednak otwarty do zwiedzania jest nieregularnie i bardzo rzadko. My akurat nie mieliśmy szczęścia by wejść do środka.

Od tego miejsca poszliśmy już kilka kilometrów prostą drogą do najbliższej stacji PKP. Gdy dotarliśmy do Pogorzeli i czekaliśmy już na pociąg. czuliśmy jednak mały niedosyt, planując już kolejne wyprawy 😉

Dziękuję przy okazji kolegom, że dali się wyciągnąć na wspólny wypad. Niektórzy mieli dopiero okazję się poznać, ale nic tak nie integruje jak wspólna wędrówka i noce spędzone gdzieś w dziczy przy ognisku. Cieszę się, że udało mi się zebrać parę osób o wspólnej pasji.

Do zorganizowania wspólnego wypadu skłoniło mnie niedawne tragiczne wydarzenie. Choć mieszkaliśmy z jednym kolegą w tym samym mieście, rozmawialiśmy na forum, wypad ciągle odkładaliśmy, aż jego nagła śmierć nie dała nam szansy na wspólną przygodę… Piotr został godnie pożegnany przez przyjaciół i znajomych z forum Reconnet.pl na specjalnym zlocie. W świadomości każdego z nas coś po nim pozostało. Mnie zainspirował by integrować środowisko osób kochających las, dzikie wędrówki i nocne dyskusje przy ognisku.

Share this: