Lasy między Garwolinem i Osieckiem – Dawid Król

Od jakiegoś czasu zacząłem namawiać znajomych amatorów przygody na odwiedzenie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Niedawno przekonać dała się Niszka, która samotnie zwiedziła w maju te okolice, pisząc przy okazji fajną relację. Tym razem znalazłem trochę czasu by zaprosić osobiście parę osób na 3-dniową wyprawę. Termin udało się dopasować czterem kolegom.

Planowaliśmy wyruszyć z Garwolina by dojść lasami i bagnami w okolice Otwocka. Chciałem pokazać im parę ciekawych miejsc, ale te 3 dni to zdecydowanie za mało na tak wielki obszar. Ukształtowanie terenu, mokradła, nieprzetarte ścieżki i upał potęgujący zmęczenie, skutecznie ograniczały nasze przemieszczanie się.

Pierwszego dnia wędrowaliśmy we trzech. Już na początku przy wejściu do lasu przywitała nas burza, ale mimo wszystko humory nam dopisywały. Dzień był deszczowy i parny. Na zmianę mokliśmy i wysychaliśmy.

Od deszczu wszystko kipiało zielenią w powietrze było tak przesycone wilgocią, że trudno było oddychać. Nie przeszkadzało to natomiast gzom, które kąsały nas niemiłosiernie przez cały dzień. Komarów było o dziwo niewiele i skuteczną naturalną bronią na nie okazała się bylica, którą nacieraliśmy się co jakiś czas.

Ne spieszyliśmy się zbytnio korzystając z fajnych widoków, zaglądając w leśne gęstwiny i często schodząc ze ścieżek.

 

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na popas nie mogąc przejść obojętnie od całych połaci jagody czarnej, jagody bagiennej i trochę mniej smakowitej borówki brusznicy.

W środku lata już w sumie łatwo byłoby się wyżywić się w lesie przez kilka dni samym zbieractwem.

Trafiały się też kurki, z których mieliśmy zamiar przyrządzić jakieś danie, wykorzystując to co mieliśmy w plecakach.

Jak zwykle w tych okolicach szlaki były mocno zarośnięte i przez nikogo nie uczęszczane.

Później na dłuższy czas utknęliśmy w jeżynach, których było tak dużo, że wybieraliśmy tylko najładniejsze. Choć najedliśmy się ich do syta, przykro było odchodzić, gdy tak dużo ich zostało.

Na jednej z porośniętych lasem wydm urządziliśmy sobie dłuższy odpoczynek, zjadając coś konkretniejszego i wylegując się w hamakach.

Później ruszyliśmy trochę szybciej bo słońce powoli się schylało a musieliśmy przed zmrokiem dotrzeć do miejsca, gdzie mieliśmy rozbić obóz i czekać na pozostałych dwóch towarzyszy, którzy mieli dotrzeć już po ciemku.

Po drodze mijaliśmy leśne strumienie. W jednym z większych udało się znaleźć nawet silnie bijące źródło.

Gdy wyszliśmy z lasu, przekraczając tory, trafiliśmy na krzyż upamiętniający ofiary katastrofy kolejowej pod Osieckiem sprzed 23 lat.

Tuż przed zachodem doszliśmy do miejsca biwakowania mocno zmęczeni. Ostatkiem sił rozbiliśmy obóz. Już w całkowitych ciemnościach wyszedłem później by sprowadzić dwóch kolegów, którzy szli od stacji PKP by do nas dołączyć.

Później przy ognisku był czas by się trochę zregenerować, zjeść, wypić, wysuszyć buty i grubo po północy iść spać.

Niedługo napiszę co było dalej..

 

Share this: