Zbliża się dopiero koniec lutego, ale wiosnę już czuć w powietrzu. Jak dobrze pójdzie, to zimę już mamy z głowy. Postanowiłem ją jednak jeszcze wspomnieć, bo przecież ostatnio pisałem o eksperymencie. Znów było zimowe biwakowanie…
Tym razem w ramach warsztatów survivalowych mieliśmy zamiar spróbować zimowego noclegu bez śpiworów w śnieżnej jamie, a raczej z powodu niedostatku budulca, chociaż w śnieżnym dole, wyłożonym gałęziami i igliwiem. Było około 3-5 stopni mrozu i porywisty wiatr. Ubraliśmy się na cebulę a w odwodzie czuwały karimaty i śpiwory, z których obiecaliśmy sobie skorzystać tylko w ostateczności.
Na znanym nam już podmiejskim nieużytku, w piątkowy wieczór, zastaliśmy tylko około 20cm białego puchu, któremu bliżej było do zmrożonego sypkiego proszku. Uzbrojeni w szuflę, łopatę i saperki zabraliśmy się do zbierania śniegu budując coś w rodzaju rozsypującego się iglo.
O stropie jednak nie mogło być mowy bo śnieg w ogóle się nie kleił a ściany ledwie się trzymały. W środek narzuciliśmy około 30cm gałęzi i igliwia.
Naszą prowizoryczną budowlę zadaszyliśmy plandeką by stworzyć zaciszną „jamę” osłoniętą od wiejącego wiatru. Po zakończeniu budowy, w tych „polarnych” warunkach rozpaliliśmy przed wejściem niewielkie ognisko i spróbowaliśmy zbudować jednoosobowe ratunkowe schronienie z folii termicznej będące jednocześnie ekranem kumulującym ciepło ognia.
Były przy tym próby wbicia masztu w zamarznięty grunt, na których polegli wszyscy z nas. Wytrzymała tylko saperka, ale sama nic nie mogła zrobić 😉 Skończyło się na wykorzystaniu rozłożystego konara, który posłużył za jednoczęściowy stelaż dla „aluminiowej muszli”.
Każdy coś jeszcze zjadł i z tym zapasem kalorii powoli zaczęliśmy się lokować w naszej „jamie”. Wnętrze oświecał nam stylowy lampion, który swą świeczką miał dawać namiastkę centralnego ogrzewania.
Zrobiliśmy jeszcze parę sweet foci i powoli zasypiając zaczęliśmy wymieniać się wrażeniami z pierwszych minut leżakowania. Wszystkim było wygodnie, ale od razu okazało się, że jama jest trochę za wąska. Wyciągając nogi dociskaliśmy je do ściany od której nawet przez buty biło zimno. Poza tym uszczelniliśmy wejście więc w środku było zacisznie i z pewnością cieplej niż na zewnątrz, gdzie hulał wiatr.
Wszyscy byli zmęczeni budową więc szybko zasnęliśmy. W półśnie czułem jednak, jak podeszwy przymarzają mi do ściany, a dwie pary wełnianych skarpet nic nie dają.
W środku nocy, ku naszemu zaskoczeniu, w ze snu obudził nas warkot podjeżdżającego samochodu. Byliśmy w raczej ustronnym miejscu i nie spodziewaliśmy się żadnego nocnego najazdu. Samochód się zatrzymał i usłyszeliśmy zbliżające się kroki. Okazało się, że to stróże prawa zainteresowali się naszym „polarnym” obozowiskiem. Po paru zdaniach wyjaśnień, że robimy tu sobie taką szkołę przetrwania, pośmiali się pod nosem i odjechali.
Ciężko było już usnąć bo zimno w stopy dało się wszystkim we znaki. Tuż przed świtem wygramoliliśmy się z legowiska by rozbiegać zmarznięte kości. Przetrwaliśmy! Teraz wiemy co można było zrobić lepiej. Najważniejsza jest izolacja, nie tylko od podłoża, ale też by nie dotykać lodowych ścian. Myślę, że nakrycie się igliwiem też by trochę podwyższyło temperaturę.
Mam nadzieję, że relacja zachęciła Was do spróbowania zimowego biwakowania, nie koniecznie bez śpiwora 🙂
Po ostatniej kąpieli w przeręblu i spaniu w śniegu, zimowych przyjemności już mi wystarczy. Czekam z niecierpliwością na wiosnę, chcę zobaczyć w końcu coś zielonego i kalesony zostawić w domu!